Mam na imię Marcin. Na Przystanek Jezus chciałem pojechać już rok temu, jednak zabrakło mi odwagi i bratniej duszy, z którą wyruszyłbym na drugi koniec Polski. W tym roku wszystko potoczyło się inaczej. Kiedy trafiłem na studia do Katowic, znalazłem Duszpasterstwo Akademickie prowadzone przez Franciszkanów. Tam też poznałem Paulinę. Okazało się, że była już na Przystanku Jezus, więc od razu obudziła się we mnie ciekawość tego, jak tam było, co się działo i jak to wszystko w ogóle wygląda. Długi czas minął, zanim w końcu usiedliśmy i na spokojnie opowiedziała mi o wszystkim. Po naszej rozmowie już wiedziałem, że muszę tam być w tym roku! I stało się!
28 lipca, w niedzielę, przed 6.00 rano wyjechałem z domu. Trasę miałem zaplanowaną, po drodze Eucharystia w Krakowie, wszystkie przesiadki dograne, a na miejscu miałem być koło 23.00. Jednak stało się inaczej… Pierwsze problemy pojawiły się, kiedy pociąg utknął przed Poznaniem w szczerym polu na jakieś 2 godziny. Później kolejny postój 
i kolejny… ktoś bardzo nie chciał, żebym znalazł się na PJ. Skutkiem tych wszystkich przeciwności było to, że na miejsce dotarłem przed 7.00 rano następnego dnia. Ale dotarłem! Zmęczenie przeplatało się z radością! Część moich znajomych była już na miejscu, część miała dojechać dopiero wieczorem. Byłem szczęśliwy, że w końcu jestem u celu mojej podróży. Jednak moja radość nie trwała długo. Bardzo szybko pojawiły się wątpliwości: 
Po co ja właściwie tutaj jestem? Czy ja na pewno wierzę w Jezusa? A jeśli nawet, to czy moja wiara jest na tyle silna, żeby iść i rozmawiać o Nim z obcymi ludźmi…?
Poszedłem do spowiedzi i… dostałem nadzieję. Rekolekcje zaczęły się rozwijać, poznałem nowych ludzi, moją grupkę. Kolejne punkty programu: uwielbienia, konferencje bp. Dajczaka – takiego zwyczajnego, dostępnego człowieka – i słowa: „Uwierz Jezusowi”, które tak mocno mnie uderzyły. „Nie tyle wierz w Jezusa, ile uwierz Jemu, zaufaj.” 
Na początku trudno było zaufać… Kolejny dzień, kolejne konferencje, modlitwy, rozważanie Pisma Świętego i kolejne mocne słowa: „On sam nas stworzył”, „On jest Bogiem wiernym”– wow!! Odkryłem je na nowo! Bóg SAM mnie stwarza, a skoro stwarza, to jednocześnie zna mnie lepiej, niż ja sam kiedykolwiek zdążyłem siebie poznać. Wie o mnie wszystko. I jest wierny!! Zawsze przy mnie, nigdy mnie nie opuści!! Mimo że już wcześniej miałem tego świadomość, to jednak na Przystanku Jezus te słowa nabrały nowego znaczenia. Kulminacyjnym punktem rekolekcji była Eucharystia, na której zostaliśmy posłani 
do głoszenia Ewangelii wszelkiemu stworzeniu.
I poszliśmy w woodstockowe pole, do obcych. Zupełnie obcych. Do miejsca, gdzie zderzały się różne subkultury. Przejściu całej ekipy PJ przez Kostrzyn i pole Woodstockowe towarzyszyła wielka radość. Chorągwie z napisami: „JEZUS”, „Alleluja” i nasze śpiewanie wyznaczyły początek naszego radosnego świadczenia o Jezusie. Nasz uroczysty pochód zakończył się pod kilkumetrowym białym Krzyżem, obok którego stał namiot, a w nim mała scena.
Po zakończeniu modlitwy pod Krzyżem mieliśmy zacząć nasze ewangelizowanie. 
I tutaj pojawiły się moje obawy… Nie należę do ludzi bezpośrednich, którzy szybko nawiązują kontakt, a mieliśmy ewangelizować po 2, 3 osoby. Zrodziło się we mnie pytanie: Gdzie ja znajdę jakiegoś towarzysza? Podszedłem do ludzi z mojej grupki i poznałem dziewczynę, z którą ruszyłem w pole. Początkowo nawet nie potrafiłem włączać się w nasze rozmowy z woodstockowiczami – mówiła tylko ona, opowiadając swoje świadectwo. Ja w tym czasie modliłem się. Po którejś z pierwszych rozmów powiedziała, że jej świadectwo już znam, ale mojego jeszcze nie słyszała. I stało się!! Na woodstockowym polu, pierwszy raz w moim życiu odważyłem się otworzyć i opowiedzieć o moim uzależnieniu od pornografii, z którym walczyłem kilka lat, o problemach z alkoholem, papierosami i imprezami, które dodatkowo pojawiły się na studiach… O tym jak wielokrotnie błagałem Boga, żeby mnie z tego wyzwolił, podniósł. Powiedziałem też o tym, jak Jezus to wszystko ode mnie zabrał, jak przez różnego rodzaju „zbiegi okoliczności”, „przypadki” w końcu wyciągnął mnie z syfu, którego sam sobie narobiłem. Podzieliłem się tym, jak oddałem Mu całkowicie życie i jak uznałem za mojego Jedynego Pana i Zbawiciela, i jak po tej decyzji to życie zmieniło się o 180 stopni. Wykorzystałem to świadectwo w następnych rozmowach i ku mojemu zdziwieniu ludzie nie przechodzili obok tego obojętnie. Podzielenie się osobistym doświadczeniem działania Boga w moim życiu budziło ciekawość innych. To było niesamowite! Oni, którzy odrzucali Boga lub przechodzili obok Niego obojętnie, w rzeczywistości w głębi serca Go poszukiwali, pragnęli Go, a tym, co uniemożliwiało im zbliżenie się do Niego, bardzo często były podobne do moich nałogi/przyzwyczajenia, ale też zranienia i brak poczucia akceptacji przez innych, brak miłości. Na tym woodstockowym polu połączyły nas wspólne problemy, a tym, co znajdowali w moim świadectwie, była nadzieja na to, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że Jezus jest w stanie wyzwolić człowieka z każdego, nawet najgłębszego bagna. Wtedy zrozumiałem, że ja chcę się dzielić tym, co wydarzyło się w moim życiu, tą Bożą Miłością i Radością, tym, że trzeba „tylko” zrobić pierwszy krok i otworzyć Mu drzwi swojego życia. I staraliśmy się pomagać ludziom robić te pierwsze kroki przez słuchanie ich, dobre słowo, modlitwę.
Po kilku rozmowach z ludźmi, którzy znaleźli się na Woodstocku, wróciliśmy 
pod nasz Krzyż, ustalając, że na kolejne wyjście w pole znajdziemy sobie innych towarzyszy. I tutaj pojawił się problem… W pobliżu nie znalazłem nikogo znajomego. Ale podczas moich poszukiwań w tłumie ludzi zauważyłem dziewczynę, trochę zagubioną – wyglądała na taką, która też kogoś szuka. Długo nie zastanawiając się, podszedłem i zapytałem, czy ma kogoś, 
z kim będzie ewangelizować. Ku mojej radości nie miała nikogo. To była Ania. Okazało się, że podobnie jak ja jest na PJ pierwszy raz. Mimo że obydwoje byliśmy „świeżakami” i może trochę brakowało nam doświadczenia, zdaliśmy się na Ducha Świętego i poszliśmy głosić Dobrą Nowinę. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że będziemy ewangelizować razem 
do samego końca! Zaczepiliśmy pierwszą osobę – chwila rozmowy, wspólna modlitwa 
i słowa: „Dobrze, że tutaj jesteście”, które dodały nam skrzydeł! 🙂 Poszliśmy dalej 
w woodstockowe pole, napotykając kolejne osoby, prowadząc kolejne rozmowy. 🙂
Tak minął pierwszy dzień ewangelizacji. To był dobry dzień, jednak we mnie nie wszystko było na „swoim miejscu”. Pojawiało się dużo obaw: o kolejny dzień, o to, czy ja faktycznie do tego wszystkiego się nadaję, bo „są przecież lepsi ode mnie” . Muszę przyznać, że pierwsze kilka dni to był trudny czas walki wewnętrznej. Walki do tego stopnia, 
że początkowo rozważałem też możliwość wcześniejszego powrotu. Ale to byłaby porażka, totalna klęska, a ja wiedziałem, że nie mogę się poddać!
Kolejny dzień przyniósł dużo nadziei. Anię spotkałem już w drodze do autobusu kursującego między bazą namiotową a woodstockowym polem, na które dotarliśmy dosyć późno. Porozmawialiśmy z kilkoma osobami, po czym wróciliśmy pod Krzyż. Stamtąd ruszał nasz uroczysty korowód z chorągwiami, w którym uczestniczyłem. Zatrzymaliśmy się 
w centrum Wooodstocku i właśnie tam: grając, śpiewając i tańcząc, zapraszaliśmy ludzi 
do odwiedzenia naszego namiotu, gdzie codziennie wieczorem odbywały się ciekawe dyskusje takie jak: ”Pytanie do biskupa”, kiedy to woodstockowicze mogli zadawać pytania bp. Dajczakowi, a w kolejne dni: „Zagnij księdza” – konwencja podobna, ale tym razem odpowiedzi udzielali księża.
Wróciliśmy pod biały Krzyż, ale tego dnia już nie ewangelizowałem. Nie mogłem znaleźć Ani, nie znalazłem też nikogo innego. I tym razem zły uderzył znów w mój czuły punkt. Znów poczułem się beznadziejny, bo przecież nawet nie potrafiłem znaleźć nikogo, 
z kim poszedłbym w pole. Dobrze znałem to uczucie, bo to ono zawsze prowadziło 
do mojego upadku. Ale nie tym razem! Poszedłem po siłę. A gdzie można iść po siłę, jeśli nie do Jezusa? Skorzystałem z tej dogodności, że był tak blisko i powiedziałem Mu: „Ok, po coś mnie tutaj przyprowadziłeś! Nie wiem jeszcze po co, ale jeśli nie dajesz mi kogoś, z kim mógłbym iść i mówić o Tobie, i nie nadaję się na ewangelizatora wśród ludzi, to przynajmniej będę wspierał modlitewnie tych, którzy może właśnie teraz z kimś rozmawiają, modlą się, kogoś spowiadają. Będę przebywał przy Tobie i będę się za nich modlił! Może właśnie po to tutaj jestem!” W głębi serca czułem jednak wielkie pragnienie ewangelizowania. Tego popołudnia większość czasu spędziłem przed Najświętszym Sakramentem. Do bazy namiotowej wróciłem dosyć wcześnie, w nie najlepszym humorze i stanie ducha. Przed snem poszedłem jeszcze pogadać z Jezusem, nie spodziewając się tego, co przyniesie następny dzień.
A następnego dnia się działo! Do naszej dwójki dołączyła s. Alicja. To była trochę inna ewangelizacja niż dzień wcześniej. Alicja była świetnie przygotowana, miała przy sobie własnoręcznie zrobione obrazki z cytatami z Biblii, które rozdawała napotkanym ludziom. 
Z tego dnia zapamiętałem 3 spotkania.
Pierwsze to rozmowa z dziewczynami, które początkowo miały „gdzieś” to, o co pytaliśmy, o czym mówiliśmy. I wtedy Alicja powiedziała swoje świadectwo o tym, jak to 
z nieśmiałej dziewczyny z kompleksami stała się spełnioną studentką medycyny, która kilka razy była już na misjach w Afryce. Medycyna, Afryka, misje!!! – już wiedziałem, że nie poznaliśmy się przypadkowo. Przecież ja zawsze marzyłem o wyjechaniu na misje, w tym widziałem dalszy cel moich studiów! Ale wracając: w napotkanych dziewczynach coś zaczęło pękać. O swoim doświadczeniu Boga opowiedziałem także ja. Dziewczyny nie zgodziły się na wspólną modlitwę, ale to, co dla mnie było potwierdzeniem, że ta rozmowa miała sens, 
to słowa jednej z nich: „Będziemy musiały się nad tym wszystkim zastanowić”. Odeszliśmy 
z nadzieją. 🙂
Poszliśmy dalej i tym razem to nie my kogoś zaczepiliśmy, lecz ku naszemu zdziwieniu sami zostaliśmy zaczepieni – przez chłopaków ze Śląska. I rozmawialiśmy: 
o śmierci i o życiu, o sensie i jego braku, o przyjaźni, zaufaniu, o tym, ile tak naprawdę zależy od nas, a co jest w ręku Boga, o wspólnocie i Kościele. To była długa, ale radosna rozmowa. Jej podsumowaniem była modlitwa i słowa jednego z nich: „Woodstock bez Przystanku Jezus nie byłby Woodstockiem.”
Później rozstaliśmy się z Alicją. Poszliśmy we dwójkę i jednymi z pierwszych napotkanych osób byli dwaj 20-latkowie, z którymi Ania rozmawiała dzień wcześniej. Obiecali, że pojawią się pod naszym namiotem, jednak do tego czasu tego nie zrobili, a to spotkanie było najlepszym pretekstem, żeby zaprowadzić ich pod Krzyż. Poszli z nami. Zacząłem rozmowę z jednym z nich, który zaraz po powrocie z Woodstocku miał iść 
do więzienia. Był to strasznie poraniony młody chłopak, który miał na sumieniu śmierć innego człowieka. Jego dziewczyna, która była z nim w ciąży, kiedy dowiedziała się o tym, co zrobił, zerwała z nim kontakt. Opowiadał o swoim życiu, o Bogu w jego życiu. Miał 
w sobie dużo goryczy, złości, zapalczywości. On mówił, ja po prostu starałem się go wysłuchać. Doszliśmy na miejsce. Usiedliśmy pod Krzyżem i kontynuowaliśmy rozmowę. Ale teraz rozmawiałem z drugim z nich. Pochodził z normalnej rodziny, jednak jego relacje 
z rodzicami nie były dobre, czuł, że był tą „czarną owcą” w rodzinie. Brał udział w bójkach, często poważnych, pięścią próbował udowodnić sobie, że jest silny, że ma jakąś wartość, 
że potrafi coś pokazać! Uważał siebie za złego człowieka, co przyznał w rozmowie. Nikt nigdy nie powiedział mu, że jest w nim dobro, że jest jedna Osoba, przez którą jest kochany 
i akceptowany bezwarunkowo. Tutaj na Woodstocku usłyszał to! Usłyszeli to obaj. Być może pierwszy raz w swoim życiu. To była bardzo długo rozmowa. Jedna z tych, które pozostaną 
w pamięci na całe życie. Takim potwierdzeniem Bożego działania podczas niej były dla mnie łzy, które spłynęły po twarzach obu chłopaków. Jak sami przyznali, jeszcze z nikim tak naprawdę nie rozmawiali o swoim życiu, jeszcze nikt ich nie wysłuchał, a tutaj opowiedzieli 
o tym obcym ludziom. Ale też dało się odczuć, że ktoś próbuje zrobić wszystko, aby ta rozmowa skończyła się jak najszybciej. Dowodem tego byli ludzie, którzy cały czas podchodzili „po ogień”, „po fajkę” i przeszkadzali. Ale Krzyż nas chronił! Jezus nas chronił! Z chłopakami żegnaliśmy się kilka razy. Rano mieli przyjść i przystąpić do Sakramentu Pokuty. Czy byli? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy…
Następny dzień był dniem bardzo upalnym – stąd ewangelizowanie ograniczyło się 
do zacienionych miejsc pod naszym namiotem. W gruncie rzeczy to było jedno z nielicznym miejsc na Wooodstocku, gdzie można było znaleźć cień. Dlatego też dużo ludzi tego dnia przewinęło się koło białego Krzyża. Z tego dnia zapamiętałem spotkanie z dziewczyną 
o smutnym wyrazie twarzy, która siedziała na krawężniku chodnika. Początkowo niezbyt chętnie rozmawiała, ale w końcu temat się rozwinął, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Później dołączył do niej jej chłopak, a po chwili rozmowy zaprosiliśmy ich, żeby następnego dnia przyszli pod nasz namiot. I faktycznie zjawili się.
Dzień ostatni początkowo stał pod znakiem zapytania. Mimo że wcześniej kupiłem bilet na 1.00 w nocy z soboty na niedzielę, to jednak miałem pewne obawy, czy wracanie samemu, bez nikogo znajomego, w środku nocy zatłoczonym pociągiem na pewno ma sens. Przez myśl przeszedł mi nawet pomysł wcześniejszego wyjazdu, który w pierwszych dniach poważnie rozważałem, a którego wizja po kilku dniach ewangelizacji stała się nie 
do przyjęcia. Chęć pozostania była silniejsza. Wszedłem na Adorację i po rozmowie 
z Bogiem w Najświętszym Sakramencie spotkałem kolegę z mojej grupy – okazało się, 
że ze swoimi znajomymi wraca tym samym pociągiem w środku nocy. Problem został rozwiązany, a rozwiązanie przyszło z góry!
Ostatni dzień w moim odczuciu był dniem najbardziej intensywnej ewangelizacji. 
Z tego dnia wydarzeniem, które najbardziej utkwiło mi w pamięci, była poranna Eucharystia. Zjawili się na niej nasi przyjaciele z Woodstocku. Ludzie, którzy przyjechali specjalnie 
na koncerty, żeby dobrze się pobawić, w sobotni poranek zjawili się w kościele oddalonym około 2 km od pola, na którym znajdowały się sceny. Przyszli, odpowiadając na zaproszenie Jezusa. Przystąpili do Komunii – ludzie z Woodstocku! Wow!! 😀
Kilka spotkań, kilka rozmów! Cudowne chwile! I 30-latek, o którym nie mogę nie wspomnieć –człowiek, który naprawdę poszukiwał Boga. Szukał w Torze, 
w Koranie, w Biblii, ale chyba nikt mu nie powiedział, że Jezus kocha go bezwarunkowo, że dla Jezusa jest najważniejszy, nawet jeśli tkwi w grzechu czy uzależnieniu. To on zaczepił naszą trójkę: Anię, Łukasza i mnie. Zainteresował go napis na mojej koszulce PJ. Otworzyliśmy Pismo Święte. Zaczął czytać. Po tej krótkiej lekturze nawiązała się rozmowa. Słowa, które w niej padły, dźwięczą mi w uszach do dziś: „Chciałbym być taki jak wy. Mieć taką radość w oczach!” Sam tego nie dostrzegał, ale ta radość była też w jego oczach. 🙂 To była radość poszukiwania. Zaczęliśmy rozmawiać o czterech prawach Życia Duchowego. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego działania Ducha Świętego jak podczas tej rozmowy, słowa wylewały nam się z ust, różnego rodzaju obrazy, które pomagały przybliżyć mu istotę Miłości Jezusa. Już podczas tej rozmowy, za słowa, które otrzymał, uściskał mnie serdecznie! Pamiętam, jak przedstawialiśmy obraz Jezusa pukającego do drzwi – drzwi naszego życia, które mają klamkę tylko od naszej strony. I moje usta, które stały się narzędziem, by mogły paść słowa: „Jezus puka do Twojego serca, wali, krzyczy, przyszedł w glanach i kopie w te drzwi, a Ty nie słyszysz? Więc niech wali jeszcze mocniej, jeszcze głośniej, właśnie teraz, niech krzyczy, aż usłyszysz i otworzysz!” To nie były moje słowa – one tylko przeze mnie przepłynęły. Chciał zrobić ten pierwszy krok. Jednak nie mógł pojąć tego, że Ktoś może mu wybaczyć cały syf, którego narobił w życiu, że Ktoś może mu wybaczyć to, że tkwił w uzależnieniu od alkoholu. Chciał przyjąć Jezusa jako Pana 
i Zbawiciela, ALE… był po piwie i jak sam powiedział, nie mógł zrobić tego tak ważnego kroku, będąc pod wpływem alkoholu. W którymś momencie zaczepił mnie jego kolega z pytaniem, jak ma wierzyć w Boga, skoro zabrał mu 2-miesięczną córeczkę? Nie wiedziałem, co odpowiedzieć… W tym samym czasie Łukasz zaproponował 30-latkowi, 
że w jego obecności przeczyta modlitwę oddania życia Jezusowi. Gdy skończył, popłynęły łzy… On nie wytrzymał nadmiaru Bożej Miłości, zabrał kolegę i poszli przed siebie. Jak mi później powiedziała Ania: piwo, które położył na ziemi, w czasie rozmowy się wylało. Przypadek? A może znak działania Ducha Jezusa… To było jedno z najmocniejszych spotkań! Duch Święty działał!!
Jeszcze kilka spotkań i nadszedł czas, żeby się zbierać do domu. Uklęknąłem przed Panem Jezusem, zacząłem się modlić, a z oczu popłynęły mi łzy… Wiedziałem, że czas wracać, ale wiedziałem też, że to był najlepszy tydzień w moim życiu. Dziękowałem Bogu 
za ten czas. Pożegnałem się ze znajomymi, z Anią, dziękując za wszystko i kreśląc sobie wzajemnie znak Krzyża na czole. Z różańcem w ręku ruszyłem przez woodstockowe pole 
w kierunku bazy namiotowej. Łzy płynęły cały czas…
Czym był Przystanek Jezus dla mnie? Spotkaniem… Spotkaniem z drugim człowiekiem, z samym sobą, ale przede wszystkim spotkaniem z Bogiem. Tak naprawdę tam: wśród błota, brudu, pyłu, czasem wręcz smrodu, spotkałem Jezusa. Jezusa w drugim człowieku. Jezusa umęczonego, odrzuconego, poranionego… Jezusa żywego. Tego, który czeka chociażby na uśmiech, na zwrócenie na Niego odrobiny uwagi, na poświęcenie Mu chwili czasu. Ludzie, z którymi rozmawialiśmy, często nie słyszeli o Bogu, który kocha ich po prostu, Miłością, która nie zna granic, dla którego są ważni i któremu na nich zależy. Byli tacy, którzy nigdy nie usłyszeli, że jest w nich dobro, że nie są źli, że komuś na nich zależy – wtedy pojawiały się łzy, a takie rozmowy trwały nawet kilka godzin. Byli też tacy, którzy mieli świadomość, jakiego syfu narobili w życiu, a jedyną barierą, która odgradzała ich od Boga, były ich grzechy. Nie potrafili sobie poradzić z tym, że Bóg przebacza grzechy, że Jezus wziął je wszystkie na Siebie. Nigdy nie słyszeli o takim Bogu, o Bogu, który jest Miłosierny. 
A wystarczył tylko jeden krok, tylko pociągnięcie za klamkę i otworzenie drzwi Jezusowi, 
bo przecież On za tym drzwiami ciągle stoi. I czeka, i puka, czasem może nawet wali w te drzwi, krzyczy, woła, kopie glanem, ale nigdy ich nie wyważy. Nie wepcha się na siłę 
do naszego życia. To my musimy Mu otworzyć i zaprosić do naszego życia. I staraliśmy się zrobić z tymi ludźmi pierwszy krok. Czy się udało? Ziarno zostało zasiane! 🙂 Teraz pozostaje modlić się za napotkanych na naszej drodze.
PJ to też dla mnie czas doświadczenia niesamowitego działania Ducha Świętego, Jego prowadzenia i darów. A łaska wylewała się tam strumieniami! Analizując nasze rozmowy kilkakrotnie, dochodziłem do wniosku: „Wow!! Przecież ja bym sam na to nie wpadł!! Sam bym tego nie powiedział!” Istotnie to Duch Święty mówił za nas, myśmy byli tylko Jego narzędziami. I powiem, że być narzędziem Boga to niesamowita sprawa! 🙂
Tego, czego doświadczyłem przez 7 dni, nie da się opisać. Mimo że starałem się opowiedzieć o moich doświadczeniach, jest to jedynie niewielka ich część. Pewnie samo opowiadanie o każdym spotkanym człowieku zajęłoby kilka godzin. Tej radości z niesienia Ewangelii nie da się wyrazić słowami!

Zapisz się na nasz NEWSLETTER

Zgadzam się na przetwarzanie danych w celu zapisania do newslettera i otrzymywania wiadomości e-mail.

Administratorem Danych są podmioty należące do Grupy Tymoteusz:
Katolickie Stowarzyszenie w Służbie Nowej Ewangelizacji – Wspólnota św. Tymoteusza
(ul. Kresowa 258A, skr. poczt. 39; 66-620 Gubin; NIP: 926 14 34 191)

Fundacja Cogito Ergo Credo. (ul. Kresowa 258A, skr. poczt. 39; 66-620 Gubin; NIP 926 167 12 58)

free newsletter templates powered by FreshMail